Filmstock
Filmy, seriale, recenzje, artykuły
Filmy, seriale, recenzje, artykuły
sty 23rd

TYTUŁ
Batman: Początek (Batman Begins)
O CZYM?
O tym, że tytuł jest dość klarowny, żebym nie musiał pisać streszczenia.
PLUSY:
+ Gdy Christopher Nolan bierze się za film wiadomo, że będzie co najmniej przyzwoity i tak też jest.
+ Kolejny udany restart znanej serii komiksowej (choć w przeciwieństwie do X-Men uważam, że rycerz Gotham w reżyserii Tima Burtona jest równie dobry).
+ Ciekawa intryga.
+ Powrót do starej szkoły, czyli użycie, gdzie to tylko możliwe prawdziwej scenografii, zamiast ślepego polegania na komputerze.
+ Jeśli już pojawiają się komputerowe efekty to są użyte z umiarem
+ Dobre nakreślenie postaci.
+ Ogólnie udana próba stworzenia Batmana tak realistycznego jak to tylko możliwe (nowy Batmobil? Mistrzostwo świata).
+ Brak Vicky Vale! Zamiast piszczącej i krzyczącej Kim Basinger z wersji burtonowskiej mamy Rachel, której współczynnik irytacji jest dość niski.
+ Praca kamery (w niektórych momentach)
MINUSY:
- Praca kamery (w innych momentach).
- Umówmy się, że Christian Bale nie jest dobrym aktorem, po prostu jest dobrze obsadzany razem ze swoją chrypką.
- Umówmy się też, że ogólnie aktorstwo się nie wybija (żeby nie było, to też nie przeszkadza).
- Za mało mroczne Gotham – zazwyczaj miasto miało wręcz gotycki klimat, tutaj jest jakoś tak brązowo. Można pomyśleć, że film nakręcono w sepii (pod względem atmosfery Tim Burton wygrywa z Nolanem).
- Montaż zbyt często jest zbyt chaotyczny, szczególnie w scenach akcji, a to jest niestety ważne.
- Muzyka jest tylko OK (a w porównaniu ze ścieżką Danny’ego Elfmana napisaną do wersji z 1989 roku wypada blado).
PODSUMOWANIE
Mimo wymienionych wad nie mogę nazwać „Batman Begins” filmem złym w jakimkolwiek stopniu. Tak, ma swoje mankamenty, ale z drugiej strony to naprawdę konsekwentny blockbuster, w którym efekty specjalne nie przejmują kontroli nad filmem. Szkoda, że trochę zatracono klimat oryginału, ale mam nadzieję, że sequel naprawia te błędy („Mroczny rycerz” jest następny na mojej kolejce). Jeśli ktoś natomiast nie zna postaci Batmana, na pewno odbierze film o wiele lepiej. Ja póki co wybieram wersję Burtona, mimo boleśnie irytującej Vicky Vale, ale żeby nie było – seansu pierwszej wersji nolanowskiej nie żałuję.
OCENA
5.8/10
REKOMENDACJA
Mimo mankamentów nadal jest dobrze, można oglądać bez bólu i wyrzutów sumienia.
Tom Braider
sty 20th

TYTUŁ
Jak stracić przyjaciół i zrazić do siebie ludzi (How to lose friends and alienate people)
O CZYM?
Redaktor malutkiej gazety, zostaje zatrudniony w redakcji wielkiego czasopisma zajmującego się pisaniem o życiu gwiazd. Problem w tym, że jego pojęcie dziennikarstwa nieco kłóci się z polityką nowego miejsca pracy.
PLUSY:
+ pokazanie układów, jakie panują w świecie gwiazd
+ Simon Pegg niezły jak zawsze, także Big Leb… Jeff Bridges.
+ przyjemna muzyka (choć nie zawsze adekwatna do sytuacji)
+ kilka gagów
MINUSY:
- nie najgorszy pomysł, kiepsko wykonany
- rozpoczęte a nigdy nie skończone wątki (jest ich mnóstwo!)
- słabe zakończenie
- przeskoki czasowe, nagłe i bez ostrzeżenia, ogólny chaos (trudno się połapać co się dzieje i dlaczego)
- sporadyczne obleśności
- ogólny brak polotu
- cliche
WTF?!
Tytuł nie ma NIC wspólnego z treścią.
CZAS NA QUIZ!
Co robi Megan Fox w filmie?
a) ma wyglądać apetycznie
b) jest oczywistym fan servicem
c) nie potrafi grać za grosz
d) sterczy sutkami
e) wszystkie powyższe odpowiedzi są prawidłowe
PODSUMOWANIE
Kompletny brak ładu i składu, niejasny przekaz i ogólny chaos. Mimo wad da się przebrnąć do końca, dlatego ocena nie jest aż tak niska. Poza tym Simon Pegg i Jeff Bridges trochę ratują całość. Na oczywisty fan service w postaci Megan Fox aż przykro patrzeć, a zakończenie pozostawia wiele do życzenia (mówiąc bardzo grzecznie i nie próbując popaść w skrajność). Nie wydaje mi się, żeby choć jeden wątek był na dobre zamknięty. Chyba nawet David Lynch kręci bardziej spójnie. Aha, jest tu też Kirsten Dunst.
OCENA
2.9/10
REKOMENDACJA
Raz da radę obejrzeć, ale musi Wam się bardzo nudzić.
Tom Braider
sty 13th
Drodzy czytelnicy, zaczęło się głosowanie na Bloga Roku, jeśli podoba Wam się moja działalność i chcecie ją wspierać wyślijcie SMS o treści E00010 na numer 7122 (koszt 1,23 zł – dochód zostanie przekazany na rehabilitację osób niepełnosprawnych). Wiem, że taka metoda głosowania jest kompletnie głupia, ale mam nadzieję, że moje tekściarstwo jest tego warte ;).
Inna sprawa – póki nie obronię pracy inżynierskiej, czyli +/- do końca stycznia, wpisy są wstrzymane, jako, że muszę zająć się tekściarstwem w trochę innej postaci.
Jeśli chodzi o to, co potem – wiele osób pyta mnie kiedy skończę listę moich ulubionych filmów, więc oto odpowiadam – będzie to pierwsza rzecz, za którą zabiorę się, gdy wrócę. Mam też w głowie jeden naprawdę OGROMNY projekt, który chętnie bym umieścił, ale problem z nim jest taki, że zajmie sporo czasu, a w przeciwieństwie do Top 100, nie mógłbym go wrzucać w częściach. Innymi słowy, póki nie skończę, nie przeczytacie. Ale to jest jeszcze niepewne i dośc mocno oddalone w przyszłość.
Póki co byłbym wdzięczny za małego SMS-a, a jeszcze bardziej, jeśli 31 stycznia będziecie trzymać za mnie kciuki, bo wtedy będę się stresował na obronie inżynierki. Z góry dziękuję, proszę o wyrozumiałość i pozdrawiam Was wszystkich!
Tom Braider
sty 6th

„Sherlock Holmes: Gra Cieni” reprezentuje ten typ filmów, który przysparza najwięcej problemów recenzentom. Nie jest to film, który można by nazwać dobrym, ale z drugiej strony nie jest też tak kiepski, żeby nie pozostawić na nim suchej nitki. To, co natomiast można stwierdzić bez najmniejszych przeszkód, to fakt, że druga część jest zdecydowanie gorsza od pierwowzoru.
Sherlock Holmes staje naprzeciwko swojego arcyprzeciwnika, „Napoleona zbrodni” , jak sam o nim mówi. Holmes po raz ostatni prosi doktora Watsona o pomoc w rozwiązaniu sprawy profesora Moriarty’ego. W trakcie filmu śledzimy jego starania przyskrzynienia profesora i powikłania jego planów.
Najprościej mówiąc scenariusz zawodzi. Zacznijmy od tego, że pierwsza część jest przeze mnie uważana za dość mocno przecenioną. Nie podobało mi się, że winowajca jest znany od początku, ale przynajmniej była zagadka – jak lord Blackwood przeżył powieszenie? Było też pokazane dochodzenie w tej sprawie. W „Grze cieni” nie dość, że winowajca jest przedstawiony bardzo szybko (Moriarty), to równie szybko dowiadujemy się co robi (wysadza budynki). Element zagadki został kompletnie zarzucony, zamiast tego mamy sporo akcji, która z czasem męczy. Ducha pierwowzoru Arthura Conana Doyle’a czuć tak naprawdę dopiero w końcowej, bardzo dobrej scenie partii szachów między Sherlockiem a Moriartym. Gdzie jest błyskotliwa dedukcja, z której tak słynie pierwowzór? Mamy coś typu „holmesowizji”, ale nasz detektyw korzysta z niej tylko, gdy ma komuś spuścić łomot, zamiast poskładać elementy zagadki razem. Jego zmyślny umysł służy mu bardziej do wyjścia z danej sytuacji. Zamiast zainteresować widza, by ten sam spróbował rozwikłać jakąś zagadkę twórcy serwują nam wszystko na tacy, wypełniając film strzelaninami i pościgami, które są momentami wręcz przytłaczające. Może się mylę, ale jak ktoś idzie na film pod tytułem „Sherlock Holmes” to chce zobaczyć jak tytułowy detektyw rozwiązuje tajemnicą (a zwiastuny krzyczą, że tak właśnie się dzieje), a nie biega, skacze i strzela.
Dobrze natomiast wygląda scenografia i ogólna stylizacja na schyłek XIX wieku. Brudne ulice, mroczne alejki, odpowiednie kostiumy, a nawet autentyczna broń. Naprawdę można poczuć erę wiktoriańską. Niestety technicznie już nie jest tak różowo. O ile same zdjęcia są w porządku, o tyle montaż pozostawia wiele do życzenia. Skoro już Guy Ritchie postawił na akcję, to mógłby chociaż umieć ją zrealizować. Cięcia są za szybkie, tak, że naprawdę nie widać kto z kim się bije, a punkty widzenia zmieniają się tak szybko, że ciężko się połapać gdzie co jest (można to zauważyć już w otwierającej film bójce). Jedyną sceną akcji, która jest naprawdę dobrze skonstruowana i kompletnie wgniata w fotel jest moment ucieczki bohaterów przez las, będących pod ciężkim strzałem. Niesamowicie precyzyjne zgranie umiejętności edytorskich, operatorskich i efektów wizualnych, kompletna maestria filmowa. Muzyka może być, rewelacji nie ma, ale specjalnie w uszy też nie kłuje.
Jeśli chodzi o aktorstwo to chyba nikogo nie zdziwi, jeśli powiem, że jest bardziej niż solidne. Robert Downey Jr pasuje jak ulał do roli Holmesa i od początku było wiadomo, że roli podoła. Pozytywnie zaskoczył mnie Jude Law, który w niczym nie ustępuje Downeyowi. Stephen Fry przynosi lekką humorystyczną odskocznię, chociaż nie po to płaciłem za bilet, żeby oglądać jego gołe pośladki. Jared Harris jako Moriarty również nie wzbudza zastrzeżeń.
Niestety bardzo żałuję, że po pierwszej części postanowiono wzmocnić elementy akcji, zamiast fabuły. Pochwalić mogę jedynie za zwiększenie roli Watsona, który nie jest już gościem, któremu trzeba wszystko tłumaczyć, a sam prezentuje sporą inteligencję (szczególnie nie będąc już zaskoczonym pomysłami Sherlocka). Spodziewałem się zagadki do rozszyfrowania i mrocznego klimatu, dostałem sztampowy blockbuster, który na dobrą sprawę mógłby nie nazywać się „Sherlock Holmes”, bo przez przesyt akcji można stracić rachubę co właściwie się ogląda [insert „co ja pacze” joke here]. Koniec filmu tylko bardziej mnie zdenerwował, ponieważ twórcy PO RAZ KOLEJNY bezczelnie otwierają sobie furtkę do kolejnej części. Po bardzo dobrej, wspomnianej już scenie partii szachów, następuje zakończenie tak niedorzeczne, że trudno w to uwierzyć.
Podsumowując – w większości w nowym „Sherlocku” dużo rzeczy dzieje się tylko po to, żeby się dziać i widza przestaje obchodzić rozwiązanie zagadki, może dlatego, że zagadki jako takiej nie ma. Jest kilka sprytnych chwytów, bardzo dobra scenografia i aktorstwo i dwie naprawdę pamiętne sceny. Naprawdę szkoda, bo potencjał był spory, odtworzono klimat, ale nie ducha papierowego oryginału. Uwierzcie mi – mimo mojego ostrożnego podejścia do części pierwszej, na „Grę cieni” nie szedłem z uprzedzeniami, wystarczyło mi, żeby dostać coś w stylu poprzednika, ale twórcy mi tego nie dostarczyli. Nie dostałem zagadek, a gdybym chciał iść na slapstickowego akcyjniaka to wybrałbym czwarte „Mission Impossible”, które też jest obecnie w kinach.
3.5/10
REKOMENDACJA: Jeśli jesteś dużym fanem pierwszej części to jest szansa, że Ci się spodoba. Jeśli jesteś jej przeciwnikiem, to po „Grze cieni” jeszcze bardziej znienawidzisz filmową adaptację Guya Ritchiego.
Tom Braider
PS. Postanowiłem zamiast oceny biletowej pisać REKOMENDACJĘ, ponieważ istnieje coś takiego, jak słaby film, który się dobrze ogląda i właśnie to wydaje się odpowiednią formą przekazu takich treści.
sty 2nd

Seria „X-Men” prawdopodobnie jest moją ulubioną seria komiksową ze stajni Marvel, a powodów ku temu jest kilka. Przede wszystkim poza całą masą interesujących postaci zawierał mnóstwo odniesień do problemów tamtejszych czasów, między innymi rasizmu, antysemityzmu, czy zagrożenia wojną atomową (za to samo tak bardzo uwielbiam Watchmen wydawnictwa DC). Z tego też powodu podchodząc do ekranizacji trzeba było to zrobić bardzo ostrożnie, żeby nie zbagatelizować treści. Gdy w roku 2000 zapoczątkowano pierwszą serię filmów o mutantach byłem podekscytowany, że „X-Men” trafia do kin, aczkolwiek nie mógłbym nazwać ostatecznego wyniku satysfakcjonującym. W zeszłym roku ktoś najwyraźniej słusznie zauważył, że „iksów” nie potraktowano do końca uczciwie i postanowiono wystartować od zera z kompletnie nowym cyklem ekranizacji. Po pierwszej serii do tego filmu podchodziłem bardzo ostrożnie, więc to, że twórcom udało się mnie przekonać do nowej wersji jest naprawdę dużym osiągnięciem. Bez dalszego owijania w bawełnę: „X Men: Pierwsza klasa”, to film, który jest lepszy niż wszystkie 3 poprzednie filmy razem wzięte.
Przede wszystkim zaczynamy, tam gdzie powinniśmy, czyli od zera. Jesteśmy na samym początku drogi, jaką Charles Xavier i Erik Lehnsherr przejdą, aby stać się przyjaciółmi, a w końcu stanąć po przeciwnych stronach barykady. Prolog pokrótce wprowadza nam obie postacie i nakreśla ich osobowości. Później szybko przeskakujemy do lat 60-tych, gdzie po raz pierwszy ich drogi się krzyżują, w wyniku zainteresowania CIA mutacjami genetycznymi. Xavier i Lehnsheer zbierają drużynę podobnych do siebie, aby razem zapobiec wojnie atomowej.
Najsilniejszym punktem całości są postacie i to na nich i ich relacjach głównie skupia się film. Stawiają czoła własnym obawom, próbują też bardziej zrozumieć siebie. Szczerze mówiąc bardzo dobrze poradzono sobie ze zgłębieniem tak wielu bohaterów. Autentycznie wiemy dlaczego zachowują się tak, a nie inaczej, ich motywacje są znane, a emocje dość mocno odczuwalne. Poza tym bardzo ciekawie jest poznać historię, jak został sparaliżowany profesor X, a równie dobrze zobaczyć, że nie zawsze był tylko przynudzającym mentorem, a zadziornym i pewnym siebie młodzieńcem. Zdecydowanie nadano mu więcej realizmu. Poprzednie części bardziej skupiały się jednak na akcji (tak naprawdę wszyscy chcieli tylko zobaczyć Wolverina), w „First Class” bardziej czuć ducha papierowego oryginału.
Na pochwałę zasługuje fakt, że twórcy najwyraźniej biorą przykład z „Inglourious Basterds” i w filmie osoby danej narodowości mówią w przynależnym im języku i choć nie brzmi on tak autentycznie, jak w wymienionym filmie Tatantino, bo widać, że aktorzy nie są native-speakerami (zbyt wypolerowany niemiecki, za mało szeleszczący rosyjski), to mimo wszystko jest to duży atut. Ogólnie rzecz biorąc odczucie realizmu jest bardzo silne. Pierwszy raz poważnie zauważyłem to w momencie, w którym przedstawiono nam Cerebro – urządzenie wygląda o wiele realniej i prędzej kupię, że naprawdę wyglądałoby tak jak w „First Class” niż niedorzecznie wielkie i puste pomieszczenie z poprzednich filmów.
Tak jak mówiłem historia skupia się głównie na relacji Xavier-Lehnsherr, więc oczywistym jest, że aktorzy musieli być solidni. Do James’a McAvoy’a jako profesora początkowo ciężko mi się było przyzwyczaić, ale szybko przekonał mnie do siebie. Michael Fassbender bez dwóch zdań spisał się jako Erik i myślę, że odpowiednio udźwignął ciężar postaci. Młodzi adepci w drużynie Xaviera są w porządku, bez większych wahań. Jest jeszcze cameo Hugh Jackmana, które rozkłada na łopatki. Kompletnie nie podoba mi się natomiast fakt, że mamy mnóstwo postaci plączących się tylko przed kamerą bez celu. Ich wkład w fabułę i historię jest minimalny, bądź zerowy i można by się kłócić, że w każdym filmie są takie postacie, ale w mało którym jest ich tak dużo. Shaw owszem, wszystko jest jasne, ale jego pomagierzy w ogóle nie mają znaczenia. Nie pamiętam nawet jak się nazywają, więc mogę powiedzieć tylko tyle, że to „ten diabeł” i „koleś od wiatru”. Po pierwsze nie odzywają się praktycznie wcale i są tylko wymówką, żeby w scenach akcji było tylko więcej akcji. Sztuka dla sztuki. Bez nich historia nie straciłaby ani grama, Shaw sam też by sobie poradził. Razem ze „złymi” jest też January Jones i jej postać, czyli Emma Frost. Nie pojawia się zbyt często na ekranie, przez co nie każdy to zauważy, nie każdemu będzie to przeszkadzać, a inni powiedzą, że to kwestia postaci, ale ja się czepiam, więc powiem tylko, że pani Jones gra tragicznie. To jest ten sam rodzaj złego aktorstwa, jaki prezentuje Jessica Alba w „Sin City”, Jessica Alba w „Maczecie” oraz… Jessica Alba we wszystkim, w czym się pojawia – innymi słowy dziewczę bez osobowości, które brzmi, jakby czytało z kartki. Słabych punktów w drużynie „dobrych” jest mniej, choć trochę dziwi mnie, że Hank tak bardzo obsesyjnie chce zmienić swój wygląd, skoro jego problem przy Raven wydaje się drobnostką. Postać agentki CIA to też lekki niewypał – myślałem, że po początkowych scenach odegra jakąś większą rolę, później o jej obecności kompletnie zapomniałem i gdy zobaczyłem ją w końcowych scenach pomyślałem tylko „aha, przecież ona też tu jest”.
Pod względem technicznym w większości jest nieźle, praca kamery w świeci standardem, acz jest kilka najazdów, które przykuły oko. Podobnie jest z montażem, który zazwyczaj ma dobry poziom, a są też momenty bardzo sprytnie zrobione tak jak na przykład rekrutacja, którą wspólnie przeprowadzają Charles i Erik, a jeszcze bardziej treningi w posiadłości Xaviera. Na pochwałę zasługuje scenografia i kostiumy, które nie wyglądają niedorzecznie (wspominałem już o poczuciu realizmu). Szczególnie podoba mi się lekkie przerobienie hełmu Magneto. Efekty specjalne na szczęście są dawkowane ostrożnie i mimo, iż niezbyt mi się podobają, to przynajmniej nie przejmują kontroli nad filmem, a to już coś. Wielkie brawa natomiast należą się za muzykę – orkiestracje są niezmiernie dobrze dopasowane do tego, co się dzieje na ekranie, wzbogacając dramaturgię.
Podsumowując, jestem pozytywnie zaskoczony jakością zrestartowanych X-Menów i muszę przyznać, że to całkiem dobry prolog do nowej serii filmów. Historia jest dobrze poprowadzona i całkiem przejmująca. Są oczywiście punkty psujące całość, ale nawet po ich uwzględnieniu „Pierwsza klasa” wypada o wiele lepiej niż poprzednie części, głównie dzięki mniejszemu postawieniu na sceny akcji. Postępowanie twórców było bardziej konsekwentne i decyzja o pokazaniu samego początku placówki Xaviera i klarownym przedstawieniu jego relacji z Erikiem Lehnsherrem była strzałem w dziesiątkę. Doskonale przedstawiono sytuację między nimi – widzimy, że mają inne poglądy, aczkolwiek nie możemy się nie zgodzić z żadnym z nich, a osiągnięcie takiej ambiwalencji uczuć w letnim blockbusterze jest dość unikalne. Myślę, że lepszej myśli już w tej recenzji z siebie nie wykrzesam.
6.7/10
PS. Szkoda, że nie obejrzałem filmu odrobinę wcześniej, bo załapałby się na Honorable Mention w podsumowaniu roku 2011.
Tom Braider
gru 31st
Witajcie drodzy czytelnicy u schyłku roku 2011, w którym moja bytność w kinie była mizerna, dlatego też nie mogę nawet znaleźć tylu tytułów, żeby, tak jak w poprzednich podsumowaniach, rozróżnić kategorie typu Najlepsze Zdjęcia, Montaż itd. Z tego też powodu ta lista będzie wyglądała podobnie do zestawienia muzycznego, które mogliście przeczytać całkiem niedawno. Odpowiadając na zeszłoroczne zarzuty pod tytułem „powinieneś zrobić raczej ranking najlepszych filmów, jakie Ty oglądałeś w tym roku, nie koniecznie w nim wyprodukowanych” (cytat z komentarza), to właśnie uczynię, dzieląc zestawienie na dwie części. Tak więc do dzieła – przed Wami Braidery 2011.
Sucker Punch – mistrz slow motion, Zack Snyder serwuje nam swój pierwszy całkowicie samodzielny pomysł na film i wychodzi mu to jak Kirsten Stewart aktorstwo. Kiepski scenariusz, w którym niczym w grze komputerowej idziemy od punktu A do punktu B i oglądamy kolorowe szarobure walki, wybuchy i dupeczki, które kompletnie nie potrafią grać i nudzą się po 5 minutach. Gdyby ten film był grą komputerową można by przymknąć oko na fabułę dającą się streścić w dwóch zdaniach, tylko, że wtedy moglibyśmy się jakoś rozerwać, a seans Sucker Punch jest jak patrzenie na kogoś, kto gra i nie chce nas dopuścić do komputera, mimo iż sam strasznie ssie. Do tego potworne covery naprawdę dobrych piosenek dobijają gwóźdź do trumny dość szczelnie. O ile po obejrzeniu w kinie za pierwszym razem nie wydaje się zły, to kolejne spotkania nie pozostawiają wątpliwości, co do poziomu filmu. I to stworzył facet odpowiedzialny za „Watchmen”…
Jak się pozbyć cellulitu – aktorstwo kompletnie wymuszone, tak samo jak i humor. Schemat goni schemat, twórcy na siłę próbują naśladować dobre filmy, co oczywiście nie wychodzi za grosz. Może i był w tym potencjał, ale wykonanie jest zwyczajnie słabe. Film nie budzi we mnie takiej agresji i oburzenia jak chociażby tytuł powyżej, czy poniżej, ponieważ to w końcu polska produkcja, a po nich nigdy nie spodziewam się wiele, więc, o ironio, oczekiwaniom sprostał.
To tylko seks (Friends With Benefits) – komedia romantyczna (bo inne teraz nie istnieją), w której twórcy zapomnieli o tym, że widownia powinna się mieć z czego śmiać. Masa luk scenariuszowych, wtórność (czego chyba nie trzeba mówić, przy najbardziej oklepanym gatunku filmowym wszechświata) oraz ogólna nijakość. Ładne zdjęcia Nowego Jorku nocą, które równie dobrze można znaleźć w internecie. Już pomijam ordynarny przekład tytułu dokonany przez naszych geniuszy od tłumaczeń.
Sala samobójców – pozytywne zaskoczenie, nie największe, ale warte wspomnienia. Może nie jest to geniusz i przełom, który tak bardzo jest naszym rodzimym produkcjom potrzebny, ale zdecydowanie to krok w dobrym kierunku. W końcu to pierwsza od dłuższego czasu mainstreamowa polska produkcja, która prezentuje światowy poziom i nie wstyd jej eksportować. Widać kluczem do sukcesu jest pozbycie się Kotów, Karolaków, Adamczyków, Szyców oraz rzadsze używanie w tytułach słów takich jak „kotku”, „miłość, „myślisz”, czy „Katarzyna Grochola”.
Kocha, lubi, szanuje (Crazy Stupid Love) – spodziewałem się, że to będzie przynajmniej przyzwoity film. Okazał się jedną z mądrzejszych opowieści podejmujących temat miłości, jakie było mi dane oglądać. Szczerze mówiąc jedyne porównanie, jakie przychodzi mi do głowy to „500 Days of Summer”. Jasne i klarowne historie dotyczące uczuć, bez zbędnego przekombinowania, z ostrożnym operowaniem schematami. Bez humoru wciskanego na siłę widzom. Miano „komedii romantycznej” chyba zostało nadane w ciemno, bez znajomości treści, bo film nią nie jest i nie próbuje być.
Drive – bo są takie filmy, które oglądasz i już wiesz, że w tym roku prawdopodobnie nie uświadczysz niczego lepszego. Zresztą jak można pomyśleć inaczej widząc film, przy którym z emocji można zapomnieć oddychać. Ociekający klimatem i estetyką film, z ciekawą ścieżką dźwiękową. Mnóstwo dobrych zabiegów operatorskich, bardzo duży nacisk położony na stronę artystyczną. Niesamowicie dobrze zagrana przez Ryana Goslinga główna rola, na którego twarzy pięknie widać emocje. Scenariusz jest prosty, ale spójny i przy tak dużym nastawieniu na art zupełnie nie potrzeba więcej i twórcy mają tego świadomość, nie chcąc rozpraszać naszej uwagi skomplikowaną historią. KLIMAT i EMOCJE, które w kinie trudno osiągnąć. Brawa!
Kolejność w większości jest przypadkowa.
Jeż Jerzy – nie tylko jest to najgorszy film, jaki widziałem w tym roku, jest to prawdopodobnie najgorszy film, jaki widziałem w całym swoim życiu. Chodzi o to, że są filmy złe, ale które mogą dostarczać rozrywki w ironiczny sposób, tak jak na przykład „Zmierzch”. „Jeż Jerzy” jest wytworem klozetu i dresiarstwa, ma za mało, żeby w ogóle nazwać go filmem. Poza tym, co gorsze, widać, że to nie jest robota amatorów, którzy nie wiedzą jeszcze jak kręcić filmy i trzeba im to wybaczyć, bo się uczą, ale, że za „Jeża Jerzego” odpowiada już ktoś bardziej ogarnięty i to jest po prostu nie do przyjęcia. Kompletny rynsztok.
Ciekawy przypadek Benjamina Buttona (The Curious Case of Benjamin Button)– nuda, nuda, nuda i jeszcze milion razy nuda. Rozwleczona zrzynka z Forresta Gumpa, która swoim tempem usypia, a motyw przewodni, który powinien być motorem napędowym fabuły nie ma ŻADNEGO znaczenia. Tym bardziej mnie to dziwi, że mnóstwo osób, które polecały mi ten film, uznają go za wręcz doskonały, a w wielu miejscach dostał nawet 10/10, co już jest dziwi mnie kompletnie.
Mr Nobody – ciekawy pomysł na scenariusz mistrzowsko spartolony przez zdjęcia i montaż. Dłużący się cykl ujęć na twarz, montaż momentami gorszy niż Quantum of Solace.
Parnassus (The Imaginatium of Dr Parnassus) – film, który nawet, gdyby był nakręcony w całości z żyjącym Heathem Ledgerem byłby kiepski. Kompletny przerost formy nad treścią. Bardzo sztuczne efekty specjalne, które powinny być prawdziwymi elementami scenografii. Film bez polotu, który wypada z głowy na drugi dzień.
Vicky Cristina Barcelona – historia, która podobno ma przedstawiać rozważania Woody’ego Allena na temat relacji damsko-męskich. Uroczy klimat, ale ta historia? Naprawdę Woody Allen jest tak masowo uwielbiany? Za coś takiego?
Pararnormal Activity 2 – bo po sequelu spodziewałem, się, że pobije „jedynkę”, a dostałem liściem w twarz.
Iron Man – nie najgorszy, ale też nie tak dobry jak go wszyscy kreują. Owszem ma swoje momenty i jak na film komiksowy aktorstwo jest niczego sobie, ale ogólne wrażenie nie porywa. Zaskoczył o tyle, że wcale nie było tak wiele scen akcji, których po tego typu produkcjach raczej można się spodziewać. Zdenerwowało mnie zakończenie bezwstydnie sugerujące powstanie drugiej części.
Sherlock Holmes – niezły film, który zawiódł mnie o tyle, że główny winowajca był znany od początku. Owszem dochodzenie do jego metod jest interesujące, ale wolałbym, żeby czarny charakter był nieco mniej oczywisty. Klimat niczego sobie, aktorstwo naprawdę solidne. Ma trochę wspólnego z Iron Manem, ponieważ również kończy się perfidnie sugerując sequel (chyba nazwę to „Syndromem Roberta Downeya Juniora”).
Jest jeszcze cała masa innych średnich filmów które widziałem, ale tylko o tych chciałem wspomnieć.
Gdzie mieszkają dzikie stwory (Where The Wild Things Are) – niesamowicie wzruszająca historia o przemianie, jaka zachodzi w umyśle dziecka, które musi dorosnąć. Widać jak wiele tracimy, ale też, że ta zmiana jest nieunikniona i potrzebna. Rozszerzenie 20 stronnicowej obrazkowej książeczki o zupełnie unikalną historię. Mądrzejsze niż się wydaje, ale nie dla każdego.
Podziemny krąg (Fight Club) – nie będę się wielce rozpisywał, po prostu klasyka, której wstyd nie znać. Ponieważ miałem już dość wstydu obejrzałem. Warto.
Spirited Away – japońska fantastyka jest przepiękna i zdecydowanie bardziej do mnie przemawia niż zachodnia. Nieposkromiona wyobraźnia, piękna kreska i poruszająca historia z drugim dnem, które nie pozostawia złudzeń, że Hayao Miyazaki jest po prostu świetnym artystą.
Hot Fuzz – najlepszy scenariusz, jaki widziałem od bardzo długiego czasu. Skryptopisarska perfekcja w każdym calu, która powinna być wnikliwie analizowana w szkołach filmowych, jako sztandarowy przykład geniuszu. Dzięki niemu odkryłem postać Edgara Wrighta, którego uznaję za najbardziej obiecującego i uzdolnionego reżysera/scenarzystę obecnych czasów (oczywiście, jeśli chodzi o „świeżą krew”). Zabawna, inteligentna fabuła, z dynamiczną akcją i konkretnymi postaciami. Jedyną wadą, jaką mogę znaleźć, jest to, że w jednym momencie montaż jest MOŻE ciut za szybki. Jeśli jeszcze nie widziałeś – OBEJRZYJ TO TERAZ.
Wysyp żywych trupów (Shaun of The Dead) – komedia (momentami romantyczna) z zombiakami autorstwa wymienionego przed chwilą Edgara Wrighta. Myślicie, że ta koncepcja jest niemożliwa do zrealizowania? Ten film udowadnia, że MOŻNA.
Czarny łabędź (Black Swan) – bardzo dobra historia o trudach występowania i dążenia do perfekcji, okraszona porządną grą aktorską, poruszająca też delikatnie i w bardzo subtelny sposób temat kobiecej seksualności. Osobiście byłem trochę zawiedziony, ponieważ zazwyczaj filmy Aronofsky’ego skłaniały mnie do większych przemyśleń, ten po prostu się skończył i nie miałem ochoty wielce się nad nim rozwodzić. Niemniej jest to niezły kawałek kina i sztuki. Tak wiem, że w Polsce premiera miała miejsce w tym roku, ale wolę brać pod uwagę oryginalną datę produkcji.
Łatwa dziewczyna (Easy A) – również bardzo zaskakująca pozycja. Nie spodziewałem się, że filmy o amerykańskich licealistach mogą wyglądać inaczej niż byciem kopalnią klozetowego humoru. „Easy A” to całkiem inteligentnie napisana historia. Dobrze zgrana obsada i ciekawy główny motyw przykuwają do ekranu, a pod względem technicznym, jak na takie produkcje jest całkiem nieźle (może z wyjątkiem muzyki w niektórych momentach) .
Paranormal Activity – bez dwóch zdań najlepszy oglądany przeze mnie w 2011 film. Lepszy nawet od „Drive”. Horror, który dopracował to, co miało zamiar zrobić „Blair Witch Project”. Autentycznie straszny, nakręcony za śmieszne pieniądze. Przy użyciu prostych, ale efektywnych środków, twórcy wywołują głębokie przerażenie. Boimy się przedmiotów towarzyszących nam na co dzień, napięcie budowane nieustannie aż do końca, a przede wszystkim – przez brak jump scare’ów nie ma niczego, co pomogło by nam to napięcie rozładować. Strach narasta coraz bardziej i pozostanie częściowo nawet po seansie. Oczywiście ważne są warunki oglądania. Ciemność i cisza są obowiązkowe. Nie polecane bojącym się ciemności i samotnego przebywania w domu. Niemniej – GENIALNY i znaczący dla całego gatunku, jakim są horrory, tym bardziej zaskakujący, że przyjęta konwencja sprawia, że jest wręcz antyfilmem.
Uff… to była długa lista. Mam nadzieję, że w przyszłym roku obejrzę trochę więcej i może trochę lepszych rzeczy. Przykro mi, że nie udało mi się ukończyć w tym roku listy ulubionych filmów, która stanęła w połowie i nie chce ruszyć. Niemniej postaram się ją jak najszybciej zamknąć. Jakie były Wasze ulubione filmy? Podzielcie się w komentarzu. Tymczasem życzę Wam, drodzy czytelnicy wszystkiego dobrego i samych filmów na 10 w roku 2012.
Tom Braider